Ja Morant, dwukrotny uczestnik Meczu Gwiazd, zagrał w ostatnich trzech sezonach tylko w 79 z możliwych 246 spotkań. Ta liczba najlepiej oddaje frustrację, która popchnęła Memphis Grizzlies do drastycznego kroku. Klub, który kiedyś budowano wokół niego, oddał go do Portland Trail Blazers, w zamian otrzymując doświadczonego Jeramiego Granta i Krisa Murraya. Dla Memphis to nie jest zwykła przebudowa składu, lecz koniec pewnej epoki. Po Desmondzie Bane'ie, Dillonie Brooksie i Jarenie Jacksonie Jr. odszedł także ostatni symbol tej drużyny. Epoka dobiegła końca. Przyszłość Grizzlies spoczywa teraz na barkach Camerona Boozera, który w drafcie 2026 został wybrany z numerem trzecim i ma poprowadzić klub przez kolejny etap odbudowy.

Dla Portland ta transakcja to próba kupienia uszkodzonego towaru po okazyjnej cenie, ale tłok, jaki już panuje w ich linii obwodowej, rodzi mnóstwo pytań. Damian Lillard, Jrue Holiday, Shaedon Sharpe, Scoot Henderson – dołożenie do tej listy Moranta części analityków wydaje się pozbawione sensu. Opinie w źródłach są podzielone: jedni uważają, że Henderson staje się teraz postacią drugoplanową, inni podejrzewają, że to tylko przygotowanie gruntu pod ruch po Jaylena Browna. Sam zawodnik wcale nie brzmi pesymistycznie. – Pokażę kibicom w Portland innego Ja – obiecał Morant. Kontrowersje związane z bronią i zawieszenia kosztowały go 9 milionów dolarów, a jego reakcja na to wszystko jest dosadna. – Już mnie to nie obchodzi – powiedział.

Portland podejmuje tą wymianą realne ryzyko, bo Morant i Lillard całe kariery opierają na posiadaniu piłki w rękach, a ich łączny potencjał w obronie budzi wątpliwości. Memphis z kolei postawiło na spokój i elastyczność finansową, co na tle nieprzewidywalnego zachowania Moranta wygląda na rozsądną decyzję. Talent nigdy nie był problemem; zniknęła niemal całkowicie niezawodność. Na ulicach Memphis koszulki z nazwiskiem Moranta ustąpią teraz miejsca nowej nadziei. Memphis sprzedało przeszłość, by ocalić przyszłość.
Sponsorowane



